Menu

StraszliwaBuchling

Recenzje książkowe.

Rory Stewart „Między miejscami. Z psem przez Afganistan”.

straszliwabuchling

Dzisiaj zapraszam na pieszą wędrówkę po Azji Centralnej.

midzy_miejscamiTytuł: Między miejscami. Z psem przez Afganistan.

Tytuł oryginalny: The Places in Between.

Autor: Rory Stewart.

Seria/cykl: Orient Express.

Data premiery: 12 lutego 2014.

Wydawnictwo: Czarne.

Liczba stron: 384.

Rory Stewart to Szkot, który w latach 2000-2002 przewędrował pieszo ponad 9600 kilometrów przez Irak, Afganistan, Pakistan, Indie i Nepal. W książce „Między miejscami. Z psem przez Afganistan” opisuje sam etap przejścia zimą trasą centralną (dużo bardziej niebezpieczną, bo przez góry) z Heratu do Kabulu po śladach Babura (potomka Dżyngis-chana, środkowoazjatyckiego watażki, późniejszego założyciela dynastii Wielkich Mogołów, a więc człowieka, który podbił Indie).

Podróż Rory'ego przez Afganistan zaczyna się w kilka tygodni po obaleniu talibów przez Koalicję i w trakcie wojny z nimi. Czas więc bardzo niespokojny i niebezpieczny dla człowieka, który jest w tym kraju cudzoziemcem, w dodatku Brytyjczykiem (a Afgańczycy pamiętają Armię Indusu z XIX wieku i czują swoistą niechęć wobec Imperium Brytyjskiego, a obecnie Wielkiej Brytanii) i koniecznie chce zimą iść przez centralny masyw górski (czyli w prostej linii) z Heratu do Kabulu PIESZO, zamiast wybrać bardziej sprzyjającą geologicznie i atmosferycznie trasę przez Kandahar (która jest dłuższa). Od samego początku tej relacji czytelnik zastanawia się czy Rory to szaleniec, bo on sam też nie do końca potrafi wyjaśnić swój upór wobec tego przedsięwzięcia.

„We wszystkich krajach, przez które podróżowałem, mówiono mi z dumą, że „my [Irańczycy, Pakistańczycy, Hindusi, Nepalczycy albo Afgańczycy] jesteśmy na całym świecie znani z naszej niezrównanej gościnności i hojności. Dla nas to obowiązek religijny. Każdy od razu zaprosi cię do domu. Będziesz traktowany jak Bóg.”
Moje doświadczenia tego nie potwierdzały. Gościnność i hojność stanowiły formalne religijne zobowiązanie. Większość społeczności czy to hinduskich, czy muzułmańskich, wiele mówiła o odpowiedzialności za mosafer (podróżnego) albo mehman (gościa). W praktyce jednak ludzie przyjmowali mnie niechętnie. Było to zrozumiałe: często byli bardzo biedni, wiedli trudne życie i podejrzliwie odnosili się do obcych, bo niewielu ich w życiu spotkali. Ich gościnność często rozczarowywała. Dopiero później zacząłem rozumieć, ile miałem szczęścia, że niemal każdej nocy udawało mi się znaleźć schronienie i dostać trochę chleba.”

Dużym atutem tej pozycji jest otwartość i szacunek do odmiennych kultur, w których autor i bohater musiał się odnaleźć. Jest to napisana w sposób obiektywny opowieść o straumatyzowanym społeczeństwie Afganistanu i tym jak zwykli tamtejsi ludzie starają sobie radzić. Rory opisuje również jakim błędem jest coraz większy interwencjonizm i próby tworzenia władzy centralnej w tym kraju przez państwa zachodnie. Problemem bowiem, którego opinia międzynarodowa wydaje się, że nie chce dostrzec, jest fakt iż Afgańczycy to nie jest jednolity etnicznie naród - to wiele różnych plemion, które często prowadzą ze sobą wielowiekowe wojny i nie ufają sobie nawzajem, są zarządzane przez swoich gubernatorów. To jedna wielka misterna sieć zależności, w których jest w stanie połapać się chyba tylko rodowity Afgańczyk.

„Ostatecznie czy ta książka naprawdę jest opisem „przestrzeni bez rządu” i białej plamy na mapie? To prawda, że we wsiach centralnego Afganistanu nie działały policja ani służby cywilne - nie istniały tam zresztą od ponad dwudziestu pięciu lat. Trudno też mówić o czymś, co społeczność międzynarodowa uznałaby za „łańcuch odpowiedzialności finansowej łączącej obywatela z państwem”. Moja podróż pokazała jednak, że można było wędrować samotnie i bez broni przez pięćset kilometrów i dotrzeć w najbardziej niedostępne rejony Afganistanu, mimo że wciąż toczyły się walki. W rzeczywistości Afganistan był bardzo precyzyjnie zarządzany - choć może nie w takim sensie, jak chciałaby społeczność międzynarodowa.
Nocowałem i jadłem u szyitów i sunnitów, u Hazarów, Aimaków, Pasztunów i Tadżyków, młodych i starych, wykształconych i analfabetów. Moi gospodarze walczyli, kolaborowali i stawiali opór Rosjanom, talibom i Karzajowi. Finansowały ich różne grupy, czasami równocześnie. Niemal wszyscy wyprawiali się do Iranu lub Pakistanu, by znaleźć tam schronienie albo zgromadzić zapasy i amunicję. Prawie wszyscy stracili w dżihadzie bliskich krewnych. Wszystkich wspierali uzbrojeni zwolennicy, często należący do rodziny. Wszyscy modlili się pięć razy dziennie i wdawali się ze mną w poważne dyskusje o islamie. Wszyscy wyrażali sprzeciw wobec obcej okupacji. Niektórzy przyjmowali w domu członków Al-Kaidy. A jednak pozwalali mi u siebie spać i karmili mnie, noc za nocą; chcieli i potrafili zapewnić mi bezpieczeństwo, i niemal nigdy nie żądali niczego ani ode mnie, ani od organizacji pomocowych.”

Ciekawostką jest również fakt, że to właśnie pies, czyli według muzułmanów zwierzę nieczyste, stał się jego prawdziwym i wiernym towarzyszem podróży. Wspaniałe zwierzę, niestety stare, ale też z bardzo starej rasy: sag-e dżangi - pies bojowy, zwłaszcza do walki z wilkami. Dopiero pod opieką Rory'ego zaznał czegoś takiego jak pogłaskanie (muzułmanin jeśli dotknie psa to musi dokonać specjalnych ablucji, żeby się oczyścić), drapanie po brzuchu i opieka.

Autor w bardzo ciekawy i przystępny sposób wprowadza czytelnika w historię Afganistanu (sporo uwagi poświęca tajemniczej cywilizacji Ghorydów), jego obecny stan, a także w to jakie błędy popełniło społeczeństwo międzynarodowe wobec tego kraju. Stosuje prosty, ale miejscami bardzo poetycki język. Całość jest niesamowicie wciągająca.

Moja ocena: 8/10.
Polecam waszej uwadze, ponieważ warto odbyć tę podróż z Rorym.

© StraszliwaBuchling
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci