Menu

StraszliwaBuchling

Recenzje książkowe.

Andy Weir „Marsjanin”.

straszliwabuchling

Witajcie. :) Wracam do Was z kolejną recenzją i to szybciej niż zazwyczaj. ;) Jest to efekt ekspresowego przeczytania przeze mnie powieści, o której było bardzo głośno dwa lata temu i na początku tamtego roku. Nie ukrywam też, że w tym wypadku, to jednak ekranizację powieści obejrzałam zanim przeczytałam książkę. Zwlekałam z przeczytaniem, bo jak zwykle kiedy coś jest niesamowicie okrzyczane i modne, to mam do tego bardzo sceptyczne nastawienie, ponieważ zazwyczaj okazuje się, że dana rzecz jednak jest przereklamowana. Czy zatem „Marsjanin” jest przereklamowany? Zapraszam do recenzji. :)

marsjanin1

Tytuł: Marsjanin.

Tytuł oryginału: The Martian.

Autor: Andy Weir.

Seria/cykl: - .

Data premiery: 2015.

Wydawnictwo: Akurat.

Liczba stron: 384.

Andy Weir to amerykański pisarz, tworzący w stylistyce science-fiction. Naprawdę głośno o nim zrobiło się za sprawą ekranizacji jego debiutanckiej powieści „Marsjanin” (chyba wszyscy pamiętają, że obsada była gwiazdorska, a odtwórca roli Marka Watneya, czyli Matt Damon został za to nominowany do Oscara).

Fabuła „Marsjanina” nie ma określonej daty, ale wnioskując po rozwoju technologicznym ludzkości, to obstawiam, że akcja dzieje się w niezbyt odległej przyszłości.

„Ares 3. No cóż. To moja misja. No właściwie nie moja, Komandor porucznik Lewis dowodziła. Ja byłem zwykłym członkiem załogi. W gruncie rzeczy to miałem najniższą rangę ze wszystkich i zostałbym dowódcą tylko wtedy, gdybym był jej ostatnim członkiem.
I wiecie co? Jestem dowódcą.”

Ale w zasadzie o co chodzi?
Program Ares, czyli misje załogowe na Marsa, czyli pierwsi astronauci wysłani na inną planetę (przypominam, że Księżyc się nie liczy, bo to nie planeta) – jeszcze większy krok dla ludzkości niż misja Apollo 11 (że pozwolę sobie na parafrazę słów Neila Armstronga). Olbrzymia praca NASA. Wydane horrendalne sumy pieniędzy. Wszystko szło rewelacyjnie do momentu, w którym ze względu na wyjątkowo silny wiatr podczas burzy piaskowej załoga ekspedycji musiała opuścić planetę i zostawiła samego Marka Watneya na pustynnym Marsie. Zasadniczo myśleli, że zginął, ale jak widać... los bywa przewrotny. „Dzięki” tym wydarzeniom cały świat uznał go za pierwszego człowieka, który umarł na Marsie, nawet wyprawili mu piękny i wzruszający pogrzeb. A w tym czasie Mark ostro główkował, jak by tu wywinąć się od tego tytułu i jednak przeżyć. Czy i jak mu się to uda, skoro po drodze dosłownie tysiąc rzeczy może pójść nie tak, a Mars wybitnie nie chce niczego ułatwiać?

Mając do dyspozycji wszystko to, co pozostawiła reszta załogi, zapas muzyki disco, której nienawidzi, mnóstwo seriali z lat 70-tych XX wieku, które jakoś przetrawi, kolekcję powieści Agathy Christie i świadomość, że za pewien czas czeka go śmierć głodowa, bo skończy mu się żywność, Mark zaczyna kombinować. A że jest on osobą z natury pogodną, sprytną, charyzmatyczną, racjonalną, zdeterminowaną oraz umiejącą zachować zimną krew, a ponadto jest botanikiem i inżynierem mechaniki, to spróbuje sobie poradzić, choć nie będzie to łatwe. Co byście powiedzieli, na początek, o hodowli ziemniaków na Marsie?

Fabuła poprowadzona jest głównie w formie dziennika, który na Marsie prowadzi Mark z nastawieniem, że musi coś po sobie zostawić i mając nadzieję, że któraś z kolejnych misji znajdzie przynajmniej jego świadectwo tego, jak walczył o przetrwanie na niegościnnej Czerwonej Planecie (choćby to świadectwo miało się składać głównie z określenia „przesrane”, które zwłaszcza na początku najlepiej oddawało stan rzeczy). Kolejne wpisy w dzienniku stopniowo przeplatane są wiadomościami z Ziemi i z Hermesa (statku, którym reszta załogi Marka wraca właśnie na Ziemię).

Andy Weir ma ciekawy styl – z jednej strony wyjątkowo potoczny i luźny, a z drugiej strony używa wielu fachowych określeń z biologii, fizyki, mechaniki, chemii, matematyki, czyli całego tego żargonu technicznego. Z tego, co widziałam, niektórzy odbiorcy skarżyli się, że im to przeszkadza. Cóż... Fakt, jeśli nie ma się umysłu ścisłego, to takie nagromadzenie informacji ze wspomnianych przeze mnie dziedzin może faktycznie trochę utrudniać czytanie, ale uważam, że warto spróbować. Dlaczego? Dlatego, że autor nawet opisując obliczenia głównego bohatera odnośnie tego ile będzie mu potrzebne wody na dany okres czasu, pisze to w sposób interesujący i wciągający. „Marsjanin” to przede wszystkim wartka akcja, olbrzymie poczucie humoru, determinacja i nadzieja głównego bohatera, co łącznie sprawia, że naprawdę trudno się od niego oderwać (gdyby nie fakt, że wczoraj wieczorem musiałam wyjść z domu, to przeczytałabym go w jeden dzień).
I wiecie co? Scenarzysta ekranizacji tej książki nie miał zbyt wiele roboty, bo ta powieść to w zasadzie gotowy scenariusz pod film (to druga taka książka, jaką czytałam – jako pierwszy był to Fight Club” Palahniuka). Słowem – mając taką książkę, jako bazę nietrudno było zrobić dobry film. Dlatego polecam i wersję do czytania i wersję do oglądania.

Moja ocena: 9/10 - ponieważ to naprawdę wyróżniająca się wśród innych tego gatunku i wyjątkowa powieść science-fiction.

 

 

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Katrina] *.dynamic.chello.pl

    Wierzę, że to dobra książka, ale na razie po prostu nie mam na nią czasu :c Film widziałam, liczę, że kiedyś trafię na wersje książkową.

  • straszliwabuchling

    Książka nie zając - nie ucieknie. ;) Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz dla niej chwilę i później wyrazisz o niej swoją opinię na swoim blogu - chętnie przeczytam. :)

  • Gość: [Biały Notes] *.internetdsl.tpnet.pl

    Książki nie czytałam, oglądałam tylko film, który wydał mi się trochę zbyt optymistyczny. Ekranowy entuzjazm nie musi jednak razić w powieści, a nawet mam wrażenie, że okaże się jej największym atutem. Sięgnę po "Marsjanina" przy najbliższej okazji. :)

© StraszliwaBuchling
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci